lutego 21, 2019

Remigiusz Mróz "O pisaniu na chłodno"



Przyznaję, że chciałabym widzieć tę książkę u siebie na półce, więc rodzinko ma za tydzień me urodziny (Maszynę Bondy już mam). A tak poza tym, to jest książka, dzięki której polubiłam Mroza (Ernesta i Gerarda i tak uwielbiam, ale to inna para kaloszy). 

Gdy pisarz decyduje się popełnić książkę o pisaniu, decyduje się tak naprawdę na zaprezentowanie się czytelnikowi. Tutaj nie ma charakterystycznych bohaterów czy wykreowanego świata. Jest pisarz. Jego poczucie humoru, jego metoda prób i błędów, jego niepewność i wątpliwości. I to jest właśnie powód, dla którego czytam tego typu książki. Nie dla pisarskich porad, chociaż bywają przydatne (niekoniecznie przy dysertacji), ale by lepiej poznać pisarza, by znaleźć człowieka. 

A czemu są lepsze niż wywiady? Bo nasz autor nie jest ograniczony pytaniami, nie jest przyszpilony czujnym okiem dziennikarza, ma wolną rękę. Zdradza ile chce i jeszcze więcej między wierszami. 

A teraz pierwsza i druga część książki.
Pierwsza część, szczerze, jakoś mi przeleciała. Druga... tutaj się dobrze bawiłam. Wszystkie wstawki (niektóre brawurowe), odnośniki do literatury (i nie tylko) i szpile (umiejętnie wbijane, przyznam). Humor i dystans do siebie i pisania jest widoczny praktycznie w każdym zdaniu. Porady dla początkujących pisarzy, też dobre, ale umówmy się i tak każdy wie lepiej (w Polsce to głównie specjaliści są). 

Jedną rzecz, dość bolesną wyniosłam z lektury. Muszę się zabrać za pisanie, gdyż praca doktorska sama się nie napisze. A dzisiejsza próba otwarcia przewodu, będzie bolesnym doświadczeniem. Ale co nas nie zabije, to nas wkurzy i (może) zmotywuje. Życzę sobie, choć połowę dyscypliny Remigiusza, wtedy niegroźny będzie deadline.

Trzymajcie za mnie kciuki dzisiaj i w przyszłym tygodniu. Przyda się!

Tak, tak. Zaczęłam czytać w święta, ale zdążyłam przed kolejnymi ;)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 CzerwoneTrampki , Blogger